Ałtaj- Syberia Zachodnia


  • zobacz galerię zdjęć z Ałtaju


    W krainie szamanów

    Nie głaskaj psa! Na cholerę mu to? Tu jest tajga, Syberia, musi być twardy, inaczej zginie! Takie życie- nerwowo krzyczał ałtajski pasterz, gdy po jego drewnianej jurty doszliśmy po czterech dniach wędrówki.

    Droga jest męcząca. Wąska ścieżka wydeptana przez zwierzęta i myśliwych wiedzie raz pionowo w górę, raz stromo w dół. Ogromne muchy i gzy- zmory Syberii nie dają spokoju, a diabelne akacjowe zarośla ranią nogi i ręce. Po trzech dniach dochodzimy wreszcie na wysokość ok. 2000 m.n.p.m. Z góry widać ogromny płaskowyż, za którym znajduje się jurta Sergieja i jego rodziny. Do najbliższego miasta jest stąd ok. 600 km. Jurta to całkiem przestronne mieszkanko; spokojnie może spać w niej 10 osób. W środku panuje półmrok i unosi się zapach wędzonego mięsa. Na pryczach leżą owcze skóry, jest też koza do gotowania, a w rogu, pod sufitem podwieszone jelita krowie, które posłużą jako flak do kiełbasy. -Polska ?! To chyba gdzieś w Europie- zadumał się Sergiej, wyłuskując małe orzeszki cedrowe z szyszki limby syberyjskiej. -Nigdy nie widziałem żadnego człowieka z twojego kraju- dodał po chwili. W sumie był nieźle zorientowany, bo z drugiej strony ilu Polaków wie, że Autonomiczna Republika Ałtaj, w której mieszka pasterz, leży w azjatyckiej części Rosji, na Zachodniej Syberii, jakieś 6 tys. km od Warszawy ? Mieszkańcy "letniej stojanki" Siergieja, jak wszyscy Ałtaje, są niewysocy, mają lekko skośne oczy, ciemne włosy i zniszczone twarze, przez co wyglądają na dużo starszych niż są w rzeczywistości. Spędzają w górach lipiec i sierpień. Właśnie w tych miesiącach trwa krótkie, ale bardzo intensywne lato, a Syberia zamienia się w żółto- różowo- niebiesko-zieloną łąkę. Nigdy wcześniej nie widziałam w górach tylu kwiatów, które można spotkać nawet u stóp lodowca. Pasterze są samowystarczalni. Wypasają krowy, owce i konie. Pieką chleb, robią sery i czegen- rodzaj zsiadłego mleka. W ogromnym, czarnym kotle pędzą słabą, podawaną na ciepło, wódkę zwaną araczka. Nawet warzywa są na miejscu, bo w górach rośnie dzika zielona cebula, która wygląda jak nasza dymka. Wszystko jest zjadliwe, tylko ohydna, solona herbata nie chce przejść przez gardło, za to uzupełnia braki minerałów w organizmie. Mimo to, solenie herbaty wydaje mi się pomysłem szalonym.

    Mosty pełne niespodzianek

    Każdy kto przemierza długie syberyjskie doliny, raz na jakiś czas musi przejeść na drugi brzeg rzeki. To jest dopiero wyzwanie! Woda mknie po kamieniach z ogromną prędkością. Pełno w niej zwalonych drzew i ogromnych głazów. Gdy idzie się tuż przy brzegu, nie słychać nic oprócz złowrogiego szumu. To tak, jakby przez kilka dni drogi doliną stało się cały czas pod wodospadem. Bez mostku czy choćby kładki z bali rzeki nie da się przekroczyć. Często trzeba iść wiele kilometrów z nadzieją, że trafi się na jakąś przeprawę. W końcu jest! Kładka ze zwalonych, śliskich drzew na rzece o szerokości 20 m. Tylko jak przejść po tym z 30 kg plecakiem? Każdy krok wymaga skupienia. W rejonach bardziej cywilizowanych można trafić na "normalny" most, często prywatny. Za przejście należy zapłacić. Aby nikt nie przeszedł bez opłaty, właściciele budują specjalne furtki, które w każdej chwili mogą zamknąć. Niestety, nawet porządniejsze przeprawy nie wzbudzają zaufania. Więcej w nich dziur niż desek, a przecież jakieś 5 metrów niżej kotłuje się spieniona rzeka. Dawno nie bałam się tak jak wtedy, gdy przekraczaliśmy most na Czuji, był długi i bardzo podziurawiony. Pierwszy raz w życiu, przechodząc przez rzekę, cały czas gadałam do siebie: spokojnie dasz radę, już niedaleko. Nogi przypominały dwie drewniane kłody. Z każdym krokiem czułam się mniej pewnie, szczególnie gdy deska, która przez moment utrzymywała mnie i mój plecak, uginała się niemiłosiernie wydając podejrzane dźwięki. Gdyby pękła...Niestety nie było wyboru, następny most dopiero za jakieś 20 km, zresztą jak się później okazało był jeszcze gorszy. Udało się! Ale nie chciałabym tego powtarzać.

    Czciciele żywiołów

    -Tak, jesteśmy poganami - często mówią o sobie Ałtaje- ale to przecież najstarsza z wiar i z niej wywodzą się wszystkie inne- dodają. Jak kilka innych ludów Syberii od wieków praktykują szamanizm. Choć o ałtajskie dusze rywalizowały wszystkie religie świata, nie ominęły ich także wpływy komunizmu, pozostali wierni swym bóstwom-opiekunom. Nadal czczą ogień, święte źródła i górskie przełęcze. Nic dziwnego, tu przyroda przytłacza swym ogromem i nie pozostaje nic innego jak tylko w nią wierzyć. W wielu nawet bardzo dzikich miejscach, które według Ałtajów mają swych opiekunów można spotkać święte drzewa obwieszone dziękczynnymi wstążeczkami- dżałama. Są też stosy z kamieni zwane tagył, na których spala się artysz- święty krzew Ałtaju i jedzenie ofiarne. Pijąc wódkę zawsze pierwszy łyk należy wlać do ognia- dla boga Burchana. Po upadku komunizmu w Ałtaju znów przybywa szamanów, zwanych tu kamami. Ludzie zwracają się do nich ze swymi prośbami i kłopotami. Każdy prawdziwy szaman ma specjalny ozdobny płaszcz i bęben, niestety świat kamów jest niedostępny dla przybyszów z zewnątrz. Mimo to, udało nam się spotkać miejsca związane z praktykami szamańskimi. Najbardziej tajemnicze było to, w okolicach wsi Kuraj. O zmierzchu w lasku nieopodal wsi szukaliśmy miejsca na namioty. W pewnej chwili na jednym z drzew spostrzegliśmy zatkniętą wysoko czaszkę konia, a poniżej na gałęzi odrąbane kopyto. Poczułam się wtedy dziwnie. Później dowiedzieliśmy się, że zwyczaj ten związany jest z szamańskimi obrzędami pogrzebowymi, a konia zabija się by przebłagać złe duchy.

    Muzyka lodowca

    Po kilku dniach drogi przez tajgę wreszcie doszliśmy do celu naszej podróży- Sewieroczujskiego Grzbietu, pasma w górach Ałtaj, które ciągną się na terytorium Rosji, Kazachstanu, Mongolii i Chin. Najwyższy ich szczyt- Biełucha ma wysokość 4506 m.n.p.m. Ałtaje uznają ją za miejsce święte i magiczne, wieżą że może dodawać energii. Celem naszej górskiej eskapady był rejon jeziora Szawlijskiego. Ponad dwukilometrową, zieloną taflę jeziora pierwszy raz ujrzeliśmy o zmroku. Swój kolor zawdzięcza ona sporej zawartości siarki i chloru w okolicznych skałach. Wieczorem w jeziorze wspaniale odbijały się pokryte lodowcami góry o wysokości prawie 4000 m.n.p.m. Nadszedł wreszcie czas na starcie z górami i lodem! Droga do lodowca jest długa. Najpierw trzeba pokonać kamienistą morenę czołową, która wygląda jak długi, szary nasyp. Potem męcząca wędrówka po ogromnych głazach. Po kilku godzinach dochodzi się wreszcie do stóp lodowego jęzora. Z daleka wydaje się śnieżnobiały, lecz z bliska wygląda już mniej zachęcająco. Jest szary, pokryty rumoszem skalnym, pełno w nim zielonkawo-niebieskawych szczelin, których głębokość dochodzi czasem do 200m! W tej masie lodu człowiek czuje się niezbyt pewnie. Największe wrażenie robi jednak "muzyka lodowca". Co jakiś czas słychać spadające kamienie. W zależności od wielkości wydają dźwięki o różnej sile, potęgowane dodatkowo przez echo. Czasami po lodowcu ześlizgują się naprawdę ogromne głazy, trzeba więc na siebie uważać. "Grają" też potoki, które wypływają z lodowców. To właśnie z nich bierze początek wiele syberyjskich rzek. W zależności od pory dnia lodowiec zmienia się. Potoki, które rano, gdy lód jest jeszcze mocno zamarznięty, można swobodnie przejść suchą nogą, po południu zmieniają się w rwące rzeki koloru brunatnego. Przy ładnej pogodzie widok ogromnych, nieraz głębokich na 200 m mas lodu zapiera dech, lecz gdy tylko słońce zajdzie lodowce wyglądają bardzo mało przyjaźnie. Ałtaj oferuje to, czego w Europie zostało już tak niewiele- możliwość obcowania z przyrodą bez tłumów turystów. Dziewicze doliny, piękne góry i jeziora można mieć tylko dla siebie. Przez wiele dni wędrówki nie spotyka się nikogo. Czasami tylko osadę pasterską lub myśliwych na koniach. Szczególnie spotkania z tymi ostatnimi dostarczają sporo emocji. Właściwie jest się zdanym na ich łaskę lub niełaskę, bo to oni mają strzelby. Na szczęście Ałtaj należy do tych miejsc na Ziemi gdzie pierwszym odruchem na widok przybysza z obcych stron jest ciekawość, a nie wrogość i podejrzliwość. To zachęca, by za rok ruszyć jeszcze dalej.

    AGNIESZKA SKIETERSKA
    Dlaczego,listopad 2002r.

    <<< WSTECZ